Drodzy Fajrantowicze
Poproszono mnie, żebym napisał swój biogram na stronę internetową. To trudne zadanie, bo niełatwo pisać o sobie – szczególnie tak, żeby nie wyszła laurka, cv albo stwierdzenie, że jest się chorym na…. i tutaj wyliczanka. Postaram się to zrobić tak, żeby wyszło „ku pokrzepieniu serc” i szczerze. Studia skończyłem na Uniwersytecie Warszawskim (Kulturoznawstwo i Laboratorium Reportażu). Był to czas uczenia się siebie i rozpoznawania kim się jest. Były przyjaźnie, były miłości, były egzaminy i były pierwsze życiowe porażki, chociaż nie mogę powiedzieć… nie było ich jakoś super dużo. Wszystkie upadki były na tyle łagodne, że mogłem się z nich pozbierać.
O chorobie napiszę dwa słowa, bo nie mogę o niej nie wspomnieć – to też był fragment mojego życia, chociaż nie jego całość. Napiszę o chorowaniu nie po to, żeby wzbudzać w kimś litość, ale dlatego, bo ono też mnie dużo nauczyło. Kiedy nie mogłem już funkcjonować bez profesjonalnej opieki lekarsko-terapeutycznej znalazło się grono dobrych i wspaniałych ludzi, którzy pomogli mi wyjść na prostą. Myślę, że miałem do nich dużo szczęścia. Myślę też, że nic nie dzieje się przez przypadek. Poznałem środowisko ludzi borykających się z chorobami psychicznymi i dzięki temu wiem m.in. że choroba nie definiuje człowieka, a w każdym razie nie całkowicie.
Dzięki Dobrym Duszom udało mi się wyrwać z zaklętego kręgu osoby chorej na schizofrenię i wejść do uniwersum ludzi, którzy naprawdę żyją. Rozumiem przez to, tylko tyle, że choroba mnie nie określa. Określa mnie to, co poza nią robię w życiu. A co robię? Przede wszystkim piszę i to jest dla mnie najważniejsze. Uczestniczę teraz w rocznym kursie scenariopisarskim i dramaturgicznym, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że zamierzam zajmować się pisaniem dla filmu, jak to mówią. Mam w planach kolejny kurs, tylko, że teraz w szkole filmowej. Myślę, że to się uda, bo jestem dość upartą osobą i jak sobie coś postanowię, to z reguły to się za jakiś czas dzieje.
Klasyk mówi, że szczęście to brak nieszczęścia. Podpisuję się pod tą myślą. Jeśli wierzymy, że będzie dobrze to jest już połowa sukcesu. Trzeba w to wierzyć i zmierzać do radości i pełni życia małymi krokami, ale codziennie. Dodam jeszcze tylko, że około roku temu wydałem swoją debiutancką powieść „Cierpienia młodego z Grottgera czyli księga odgadywania”. To ważne o tyle, że to jest coś, co faktycznie mnie określa. To jest fakt, że to zrobiłem. Reszta to interpretacja do której każdy ma prawo. Jestem więc pisarzem, który od czasu do czasu przypomina sobie o swoich psychicznych zawieruchach.
Każdy z nas określany jest poprzez to, co robi. Choroba nie musi być centrum świata. Obok niej mamy różne aktywności, które bardziej niż ona nas określają. Życzę powodzenia w określaniu siebie poprzez twórcze działanie i pamiętaniu, że poza swoją chorobę można wyjść naprawdę daleko. Próbujmy zrozumieć, że szczęście jest bardzo blisko. Podpisano: człowiek szczęśliwy i pogodzony. Maciek Łopuszyński
PS
Obrazek, który widzicie obok to „przerwany okrąg”. Jest to symbol związany z buddyzmem zen, nazywany Ensō. Ma on kilka znaczeń, ale tymi, które interesują mnie najbardziej są: „pustka” pełna możliwości, życie to proces i nieustanna zmiana, a także równowaga i spokój wewnętrzny. Wszystkie te znaczenia są dla mnie bardzo ważne jako punkty-miejsca w życiu, z którymi się utożsamiam i do których staram się dążyć.
Okładka „Cierpień młodego z Grottgera…” to symboliczny wyraz akceptacji piękna w niedoskonałości, co również jest jednym z sensów Ensō. Klawiatura instrumentu czyli symbolicznie „Muzyka” oraz widok fasady bloku to znaczenia, które są od siebie różne, jednak poprzez to właśnie wyrażają symboliczną niedoskonałość. Kiedy zaakceptuje się obecność niedoskonałości i zauważy jej urok życie naprawdę staje się prostsze. Jeszcze raz powodzenia w życiu dla Was wszystkich.
M.Ł.



Dużo pogody ducha, powodzenia. H.J.