Nocne ptaki, Michael Connelly

Bosch nie miał pojęcia, jak ludzie tutaj mogli to wytrzymać. Czuł, że wiatr znad jeziora zamraża mu gałki oczne. Przyjechał zupełnie nieprzygotowany do inwigilacji. Był ubrany na cebulkę, ale na wierzchu miał jedynie swój trencz z Los Angeles z cienką podpinką, która w chicagowską zimę nie ogrzałaby nawet syberyjskiego husky. Bosch nie lubił banału, a jednak pomyślał: „Jestem już za stary na tę robotę”.

Kobieta, którą śledził, przeszła Wabash, po czym skręciła na południe w Michigan i ruszyła Grant Park. Bosch wiedział, dokąd pójdzie – już poprzedniego dnia przemierzyła tę trasę, gdy wyszła z księgarni podczas przerwy na lunch. Kiedy dotarła do muzeum, pokazała kartę wstępu i szybko wpuszczono ją do środka. Nie bał się, że ją zgubi. Wiedział, gdzie będzie. Nie oddał płaszcza do szatni, bo przemarzł na kość, a nie spodziewał się zostać w muzeum dłużej niż godzinę – dziewczyna musiała wrócić do pracy.
Szybko mijał kolejne sale, szedł prosto do Hoppera. Siedziała tam, na długiej ławce. Trzymała już notatnik i ołówek, pracowała. Poprzedniego dnia zdziwił się, gdy zrozumiał, że ona nie szkicuje, chociaż co chwila podnosiła głowę i patrzyła na obraz. Pisała.

Bosch przypuszczał, że obraz Hoppera był największą atrakcją muzeum. Przychodziło tu mnóstwo ludzi, oglądali go i często stawali przed dziewczyną, zasłaniali jej widok. Nie próbowała chrząkać, aby dać im do zrozumienia, że przeszkadzają. Nigdy niczego nie mówiła. Czasami przechylała się w lewo lub prawo, by zerknąć zza pleców intruza, a wtedy Boschowi wydawało się, że na jej ustach pojawia się delikatny uśmiech, jakby była zadowolona z tego, co zobaczyła z nowej perspektywy.
Na długiej ławce obok dziewczyny siedziała czwórka młodych japońskich turystów. Wyglądali na uczniów, którzy przy-szli obejrzeć najbardziej znaną pracę mistrza. Bosch stanął na drugim końcu sali, za dziewczyną, tak aby nie mogła go zauważyć. Pocierał dłonie, starał się je rozgrzać. Szedł za nią przez dziewięć przecznic, od zimna i marszu bolały go stawy. Wcześniej nie udało mu się znaleźć żadnego zacisznego miejsca z widokiem na wejście do księgarni. Czekał na zewnątrz, aż dziewczyna wyjdzie w porze lunchu, przechadzał się tam i z powrotem, od drzwi księgarni, do pobliskiego garażu.
Jeden z uczniów wstał i na ławce zwolniło się miejsce. Bosch podszedł i usiadł, wykorzystując troje pozostałych Japończyków jako parawan. Zerknął w bok, ale nie pochylił się i nie wystawił głowy; bał się, że dziewczyna go zauważy. Chciał tylko zobaczyć, co notowała, ale pisała lewą ręką, zasłaniając mu kartkę.
Kiedy tłum się przerzedził, spojrzał na obraz; wreszcie mógł obejrzeć go dokładnie. Jego wzrok przykuł mężczyzna tkwiący samotnie przy kontuarze, z twarzą zwróconą w stronę mroku. Naprzeciwko niego siedziała jakaś para. Wyglądali na znudzonych. Samotny mężczyzna nie zwracał na nich uwagi.

– Iku jikan.

Bosch odwrócił wzrok. Stara Japonka dawała niecierpliwe znaki uczniom. Przynaglała ich. Dwie dziewczyny i chłopak wstali i popędzili do swojej grupy. Pięć minut z arcydziełem dobiegło końca.
Bosch został sam z dziewczyną, którą śledził. Oddzielały ich, tylko cztery stopy pustej ławki. Zrozumiał, że siadając tam, popełnił strategiczny błąd. Będzie mogła mu się dobrze przyjrzeć, jeśli oderwie wzrok od notatnika. I od obrazu. Rozpozna detektywa, jeżeli obserwacja potrwa jeszcze, jeden dzień.
Na początku nie ruszył się, nie chciał zwracać na siebie uwagi. Postanowił poczekać dwie minuty, a potem wstać. Odwróci się szybko, żeby nie zobaczyła jego twarzy. Na razie nic nie wskazywało na to, że go zauważyła, więc znów zaczął wpatrywać się w obraz. Zastanowiła go decyzja artysty, żeby pokazać wnętrze baru z zewnętrz. Namalować go z mroku nocy.
Wtedy się odezwała.

– Wspaniały, prawda?

– Słucham? – powiedział Bosch.

– Obraz. Jest naprawdę wspaniały.

– To prawda, tak mówią.

– Kim pan jest?
Bosch zamarł.

– Co pani ma na myśli? – zapytał.

– Z którym z nich się pan utożsamia? – uściśliła. – Ma pan samotnego mężczyznę, parę, która nie wygląda na uszczęśliwioną, że musi tam być, i pracownika za kontuarem. Kim pan jest?
Bosch odwrócił się od niej i spojrzał na obraz.

– Nie jestem pewien – powiedział. – A pani?

– Zdecydowanie tym samotnikiem – odparła. – Kobieta sprawia wrażenie znudzonej. Ogląda sobie paznokcie. Ja się nigdy nie nudzę. Tak, tym samotnym mężczyzną.

Bosch patrzył na obraz.

– Tak, ja chyba też.

– Jak pan myśli, o czym jest ta historia? – spytała.

– Historia? Dlaczego pani uważa, że jest w tym jakaś historia? – Zawsze jest. Malarstwo polega na opowiadaniu historii. Wie pan, dlaczego ten obraz nazywa się Nocne ptaki?

– Tak naprawdę to nie.

– Dlaczego „nocne” to oczywiste. Ale proszę spojrzeć na nochal tego faceta, który siedzi z kobietą.
Bosch spojrzał. I po raz pierwszy to zauważył. Nos mężczyzny był ostry i zakrzywiony jak ptasi dziób. Nocne ptaki.

– Teraz to widzę – powiedział.
Uśmiechnęła się i skinęła głową. Nauczył się czegoś.

– I niech się pan przyjrzy światłu – ciągnęła. – Całe światło na obrazie wydobywa się z wnętrza tego baru. To promień, który ich tam zwabił. Światło i mrok, yin i yang, podane jak na tacy.

– Można by powiedzieć, że jest pani malarką, jednak pani pisze, a nie rysuje.

– Nie jestem malarką. Ale opowiadam historie. Mam nadzieję, że jestem pisarką. Lub kiedyś będę.
Wiedział, że ma dopiero dwadzieścia trzy lata. Była za młoda, żeby już coś osiągnąć w literaturze.

– Czyli jest pani pisarką, która przyszła obejrzeć obraz – powiedział.

– Szukam inspiracji. Wydaje mi się, że mogłabym napisać o tym milion słów. Przychodzę tutaj, kiedy mam kłopoty. To pozwala mi przetrwać.

– Kłopoty?

– Pisze się o tym, co ma się wydarzyć. Czasami to nie takie proste. Wtedy przychodzę tu i patrzę na niego. – Wskazała dłonią na obraz i skinęła głową. Problem rozwiązany.

Bosch przytaknął. Sądził, że rozumie, na czym polega inspiracja i jak potrafi przepływać z jednej dziedziny sztuki do drugiej, w jaki sposób można ją wykorzystać, by osiągnąć coś z pozoru zupełnie innego. Zawsze uważał, że badanie i kontemplacja dźwięków saksofonu czyniło z niego lepszego detektywa. Nie był pewien dlaczego ani czy mógłby wyjaśnić to samemu sobie lub komuś innemu. Ale wiedział, że słuchanie, jak Frank Morgan gra Kołysankę, w jakiejś mierze sprawiało, że jest lepszy w tym, co robi.
Bosch wskazał na notatnik, który trzymała na kolanach.

– Pisze pani o tym obrazie? – zapytał.

– Właściwie to nie – odparła. – Piszę powieść. Przychodzę tu często, bo mam nadzieję, że coś z tego obrazu na mnie przejdzie. – Roześmiała się. – Wiem, to się może wydawać szalone.

– Wcale nie. Chyba panią rozumiem. Ta powieść jest o kimś samotnym?

– Tak, i to bardzo.

– To pani?

– Chwilami.
Bosch skinął głową. Podobała mu się ta rozmowa, chociaż była wbrew zasadom.

– To moja historia – powiedziała. – A pan dlaczego tu jest?

Zaskoczyła go.

– Dlaczego tu jestem? – powtórzył, próbując zyskać na czasie. – Obraz. Chciałem go zobaczyć.

– Tak bardzo, żeby przychodzić przez dwa dni z rzędu? Przyłapała go. Uśmiechnęła się i wskazała palcem na swoje oczy.

– Mówią, że dobry pisarz musi być bystrym obserwatorem -wyjaśniła. – Widziałam tu pana wczoraj.
Bosch przytaknął potulnie.

– Trudno było nie zauważyć, jak pan zmarzł – powiedziała. – Ten płaszcz… Nie jest pan stąd, prawda?

– Nie – przyznał Bosch. – Jestem z Los Angeles. Obserwował, jak zareaguje. Jego słowa zmroziły ją niczym wiatr na zewnątrz muzeum.

– W porządku, kim pan jest? – zapytała. – O co chodzi?

Bosch czekał w holu przez dwadzieścia minut, zanim ochroniarz zaprowadził go do gabinetu. Griffin siedział za wielkim mahoniowym biurkiem. W tym samym miejscu, w którym Bosch zobaczył go po raz pierwszy.

Po prawej, przez okno z rozsuniętymi zasłonami, widać było nieruchomą taflę wody w basenie. Gospodarz miał na sobie sportowy strój – spodnie od dresu i zapinany na suwak golf. Twarz poczerwieniała mu od wysiłku, chociaż Bosch nie wiedział, jaki wysiłek był dla Griffina sportem.

– Przepraszam, że musiał pan czekać – powiedział gospodarz. – Wiosłowałem.
Bosch skinął głową. Griffin wskazał na jedno z krzeseł stojących przed biurkiem.

– Proszę usiąść i powiedzieć, czego się pan dowiedział. Bosch nadal stał.

– Nie zajmę panu dużo czasu – oznajmił. – Trop okazał się ślepą uliczką. Byłem w Chicago, ale to nie ona.
Griffin oparł się wygodniej w fotelu, próbując przyswoić informację. Ten bardzo bogaty człowiek z wielkimi wpływami nie był przyzwyczajony do tego, by coś okazywało się ślepą uliczką. Sprawy zawsze układały się po myśli Reginalda Griffina, producenta filmowego, zdobywcy trzech Oskarów.

– Rozmawiał pan z nią?

– Tak – potwierdził Bosch. – Dość szczegółowo. Przeszukałem też jej mieszkanie, kiedy ona i ktoś, z kim je wynajmuje, byli w pracy. Nie znalazłem niczego, co by potwierdzało, że ukrywa swoją prawdziwą tożsamość. To nie ona.

– Myli się pan, Bosch. To ona, wiem to.

– Uciekła osiem lat temu. To dużo czasu, a ludzie się zmieniają. Zwłaszcza dzieciaki w tym wieku. Fotografia nie była najwyższej jakości.

– Podobno jest pan dobry, Bosch. Ma pan świetne rekomendacje. Jednak mogłem wynająć kogoś innego. I chyba będę musiał to zrobić.

– Nie musi się pan trudzić. Wystarczy znaleźć genetyka.

– O czym pan mówi?
Bosch trzymał ręce w kieszeni płaszcza. Odpiął podpinkę po powrocie z Chicago, ale deszcz sprowadzony przez El Niño nad Miasto Aniołów nadal padał i trencz okazał się niezbędny. Nie ogrzał go w Chicago, ale ochroni go przed zmoknięciem w Los Angeles. Chociaż Bosch wyglądał w nim jak detektyw z kiepskiego filmu, o czym jego córka nie omieszkała mu przypomnieć. Dobrze, że nie założył fedory.
Z lewej kieszeni płaszcza wyjął plastikową torebkę. Pochylił się i położył ją na biurku.

– Próbka DNA – powiedział. – To włosy z jej szczotki, które zabrałem podczas przeszukania. W laboratorium pobiorą materiał i porównają go z pańskim. Będzie miał pan naukowy dowód i przekona się pan, że to nie pańska córka.
Griffin wziął torebkę i przyjrzał się jej.

– Powiedział pan, że mieszka z kimś. Skąd mam, kurwa, wiedzieć, że to jej włosy?

– Ponieważ ten współlokator to mężczyzna, na dodatek Afroamerykanin – powiedział Bosch. – Każde laboratorium stwierdzi, że te włosy pochodzą od kobiety rasy kaukaskiej.
Bosch znów włożył rękę do kieszeni. Chciał już stąd wyjść.
Wiedział, że w ogóle nie powinien się podejmować tego zlecenia.

Historie, które opowiedziała mu córka Griffina, kiedy siedzieli na ławce przed Nocnymi ptakami, uświadomiły mu, że należy sprawdzać pracodawców, zanim przyjmie się zlecenie. Człowiek uczy się przez całe życie. Bosch od niedawna był prywatnym detektywem. Nie minął nawet rok, od kiedy rzucił robotę w policji LA.
Griffin przesunął torebkę po blacie biurka i wrzucił ją do szuflady.

– Zbadam to – powiedział. – Ale chcę, żeby pan nadal się tym zajmował. Musi pan mieć jakieś pomysły, tyle lat pracował pan nad nierozwiązanymi sprawami i szukał zaginionych.
Bosch potrząsnął głową.

– Wynajął mnie pan, żebym pojechał do Chicago i sprawdził to zdjęcie. Zrobiłem tak i okazało się, że to nie ta dziewczyna. Ciąg dalszy chyba mnie nie interesuje. Kiedy córka będzie chciała się ujawnić, odezwie się do pana.
Griffin wyglądał na rozwścieczonego – albo odmową Boscha, albo sugestią, że powinien czekać, aż córka sama się z nim skontaktuje.

– Bosch, jeszcze nie skończyliśmy. Chcę, żeby pracował pan nad tą sprawą.

– Może pan znaleźć kogoś innego, kto to zrobi. Wystarczy zajrzeć do książki telefonicznej. Nie mam ochoty na dalszą współpracę z panem. W sumie to już ją zakończyliśmy.
Bosch odwrócił się w stronę drzwi. Stał w nich ochroniarz Griffina. Patrzył ponad ramieniem Boscha na swojego szefa, czekał na jakiś sygnał lub wskazówkę, co ma zrobić, wypuścić detektywa czy go zatrzymać.

– Niech idzie – powiedział Griffin. – Jest bezużyteczny, nic dziwnego, że zażądał zapłaty z góry. Przekabaciła go. Wiem, że to ona jest na zdjęciu, ale go przekabaciła.
Ochroniarz otworzył drzwi i odsunął się na bok.

– Bosch! – zawołał Griffin.
Detektyw był już na progu. Zatrzymał się i odwrócił, gotów wysłuchać ostatniej zniewagi.

– Powiedziała panu o Maui, prawda? – zapytał Griffin. – Nie wiem, o czym pan mówi – odparł. Bosh. – Mówiłem, że to nie pańska córka.

– Byłem pijany, do cholery, i to się już nigdy nie powtórzyło. Bosch czekał na ciąg dalszy, ale to był koniec. Odwrócił się i wyszedł.

– Sam trafię – powiedział do ochroniarza.
Drzwi zamknęły się za nim, ale ochroniarz towarzyszył mu aż do głównego wyjścia. W pewnej chwili dobiegł ich krzyk Griffina z gabinetu:

– Byłem pijany!
„Jakby to coś zmieniało” – pomyślał Bosch.
Wsiadł do samochodu i odjechał. Miał nadzieję, że jego stary cherokee zachlapie olejem wybrukowany podjazd rezydencji.
Minął kilka przecznic, zatrzymał się przy krawężniku, z uchwytu na kubek między siedzeniami wyciągnął komórkę na kartę i wybrał jedyny numer, który był zapisany w telefo¬nie jednorazowego użytku.
Odebrała po trzecim sygnale.

– Tak? – Usłyszał głos młodej kobiety.

– To ja – powiedział Bosch. – Właśnie wyszedłem z domu twojego ojca.

– Uwierzył ci?

– Chyba nie. Ale nie jestem pewien. Wziął włosy, powiedział, że każe je zbadać. Jeśli tak zrobi, może wynik go przekona. – Nikt się nie zorientuje, że należą do twojej córki?

– Nie, nigdy nie badano jej DNA. Nie znajdą osoby pasującej do próbki. Miejmy nadzieję, że on na tym poprzestanie.

– Znowu się przeprowadzę. Nie mogę ryzykować.

– To niegłupi pomysł.

– Mówił o Maui?

– Tak, kiedy wychodziłem.

– Opowiedział tę samą historię co ja?

– Nie opowiedział żadnej historii, ale sam fakt, że o tym wspomniał, dowodzi, że jest prawdziwa. Wiedziałem, że postępuję słusznie.
Milczała przez chwilę, nim znów się odezwała.

– Dziękuję.

– Nie, to ja powinienem podziękować. Wiesz już, skąd miał fotografię?

– O tak. Zrobiono ją, kiedy autor kryminałów, D.H. podpisywał w naszej księgarni swoją powieść. Prawa do sfilmowania jego Śmiertelnej pułapki wykupiła firma mojego ojca. Nie wiedziałam o tym. Jego biuro zbiera wszystkie wycinki prasowe dotyczące ich produkcji. To pomaga w promocji. Po prostu przypadek. Byłam na tym zdjęciu w tle, musiał mnie zauważyć, kiedy przeglądał materiały o Reillym i książce, którą kupił.
Bosch zastanawiał się przez chwilę. To by się zgadzało. Fotografia zrobiona na wieczorze autorskim uruchamia poszukiwania ukrywającej się córki. Griffin nie powiedział mu, skąd ma zdjęcie, kiedy zlecał mu tę sprawę.

– Angelo – odezwał się Bosch – biorąc to wszystko pod uwagę, chyba powinnaś zmienić też pracę. I może nie wystarczy przeprowadzka do innego mieszkania. Warto przenieść się do innego miasta.

– Dobrze – powiedziała spokojnie. – Pewnie masz rację. Chociaż bardzo lubię to miejsce.

– Wybierz coś cieplejszego – odparł Bosch. – Może Miami.
Próba dowcipu wypadła blado. Nastała cisza, kiedy Angela rozważała pomysł kolejnej przeprowadzki, by wymknąć się ojcu.

Gdy milczała, Bosch znów pomyślał o obrazie. Mężczyzna siedzący samotnie w barze. Zastanawiał się, jak długo uda się przetrwać Angeli, nocnemu ptakowi, który przeprowadza się z miasta do miasta i zawsze siedzi samotny przy kontuarze.

– Posłuchaj – powiedział. – Nie wyrzucę tego telefonu, dobrze? Wiem, że taki był plan, ale go zatrzymam. Możesz do mnie dzwonić, kiedy chcesz. Kiedy będziesz potrzebowała pomocy albo chciała po prostu pogadać. Możesz zawsze zadzwonić, okej?

– Okej – powiedziała. – W takim razie ja też zatrzymam swój. Ty także możesz do mnie dzwonić.
Bosch skinął głową, chociaż nie mogła tego zobaczyć.

– Zrobię to – powiedział. – Uważaj na siebie.
Rozłączył się i schował komórkę do kieszeni trencza. Spojrzał w bocznym lusterku na jadące ulicą samochody. Przepuścił je i ruszył spod krawężnika. Był głodny i chciał coś zjeść. Znów przypomniał mu się samotny mężczyzna przy kontuarze.
„To ja nim jestem” – pomyślał.

przełożył Tomasz Kłoszewski

Obraz: „Nocne marki” (ang. Nighthawks). Edward Hopper. 1942. Źródło: Wikipedia (https://pl.wikipedia.org/wiki/Nocne_marki). Domena publiczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *